„Muzungu” to słowo powitania, pożegnania, pozdrowienia i groźby zarazem; niezależnie od sytuacji, miejsca i pory, w Afryce Wschodniej towarzyszy mi bez przerwy. To tutaj pomyślałam po raz pierwszy o stworzeniu tej strony.
„Muzungu!”, wesoło krzyczą dzieci biegnące za samochodem. „Muzungu!”, warczy motocyklista, uświadamiając mi, że właśnie pedałuję pod prąd. „Muzungu!”, zachęcająco witają mnie sprzedawcy na targu; słyszę ciekawskie muzungu-szepty mijając na drodze kobiety niosące na głowie dziwne towary. Muzungu, mzungu, wazungu – to znaczy ten obcy, inny, biały.
Niewolnik czasu. Ten, który nigdy nie zrozumie. Ten, który kupuje owoce na sztuki i nie chce w soku lodu. Bo też zawsze dopytuję: kim właściwie jest ten muzungu? Czy zawsze nim już będę? Zawsze, mimo wszystko i niezmiennie.
Opowiadam więc o pięknie afrykańskich krajobrazów, nie naciskając zbytnio, że kontynent stał się ofiarą międzynarodowych korporacji i własnego bogactwa. Przywołuję uśmiechy ludzi, nie wspominając tych, którzy bardzo chcieli zamienić swoje życie na moje – te z kolorowych reklam płatków do mleka i coca-coli. Wklejam fotografie ciągnących się po horyzont bananowców w Ugandzie, nie rozwodząc się zbytnio nad tym, że jeszcze niedawno, nie było tu do jedzenia nic, prócz bananów.
Mimo tak wielu różnic między Afryką a Bliskim Wschodem – gdyż sama Afryka jest nieskończona w swojej różnorodności, a nawet, cytujac Kapuścińskiego: „poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje” – ta sama siła ciągnie mnie tam nieustannie. Ciekawość.
A co z tego wynikło, znajduje się tutaj.